Organizacja, która opiekuje się zwierzętami, ale nie robi interwencji. poprosiła naszą inspektorkę Beatę Porębską o interwencję w sprawie psa na łańcuchu.,
15 stycznia pierwsza kontrola:
Beata Porębska z wolontariuszką jadą na miejsce.
Buda w polu, poza ogrodzeniem, w niej duży czarny pies w typie labradora. Buda nieocieplona, stoi bezpośrednio na ziemi, w środku szmaty, do jedzenia resztki z obiadu ( w misce kawałki buraków ), łańcuch długi. Buda stoi w szczerym polu, nie ma żadnej osłony przed deszczem, śniegiem, wiatrem, latem nie ma grama cienia, stoi w pełnym słońcu.
Właścicielka twierdzi, że to nie jej pies ( ale to jej dane są na świadectwie szczepienia psa przeciw wściekliźnie) tylko młodego człowieka z rodziny. Pies mieszkał z nim trzy lata, potem mężczyzna wyprowadził się, psa zostawił. To było siedem lat temu. Pozostawionego psa przywiązali do budy w polu poza ogrodzeniem domu.
Inspektorka zaleca w ciągu 7 dni ocieplenie budy, postawienie jej na podwyższeniu ( choćby paleta), wymoszczenie budy słomą, karmienie odpowiednią karmą, Pojawiają się kolejni członkowie rodziny, zawiadomiony syn właścicielki też twierdzi to nie ich pies. Inspektorka słyszy: to teren prywatny, naruszacie mir domowy, a w ogóle weźcie sobie tego psa. Teren jest nieogrodzony, nie ma żadnej tabliczki informującej, że to teren prywatny. W końcu właścicielka podpisuje zobowiązanie poprawienia warunków w ciągu 7 dni. Chwilę potem odbieram telefon od syna właścicielki z pretensjami o naruszenie miru domowego, obcesowe potraktowanie jego matki, a w ogóle: weźcie sobie tego psa! Obiecuję, że oddzwonię, bo muszę sprawdzić czy jest miejsce w hotelu. Nie mamy żadnego przytuliska, psy są w domach tymczasowych, albo hotelach. Na szczęście w hotelu jest miejsce, ale wydarza się coś NIEMOŻLIWEGO.
Nasza wolontariuszka Ewa Stefańczyk znajduje cudowną rodzinę, która chce przyjąć psa z łańcucha do swojego domu. Nie do budy, nie do kojca tylko do DOMU! To CUD: duży, czarny, stary pies z łańcucha może mieć godną starość, dom, Człowieka. Skaczemy z radości, ale nasza radość jest przedwczesna. Od razu dzwonię do syna właścicielki, że mamy dom, tylko musimy zorganizować transport. Odpowiada mi, że jednak załatwią psu budę ocieplaną, na to ja , że mam dla niego nie budę tylko prawdziwy, ciepły DOM! Przychodzi odpowiedź: choćbym miał wziąć kredyt to ja tę budę kupię , a nie będę patrzył jak żona płacze. Dzwonię, próbuję przekonać, mężczyzna mówi, że psa nie oddadzą bo matka i żona go kochają. Pies dalej jest w nieocieplonej budzie na łańcuchu.
31 stycznia sobota – druga kontrola
Jest mróz -10 stopni w dzień , w nocy -16. Od pierwszej interwencji minęło 16 dni. Jedziemy z Ewą Stefańczyk. Parkujemy przy domu przed ogrodzeniem. Buda nadal nie ocieplona, stoi wprost na ziemi, ale jest sukces pies ma w budzie słomę! Pies kaszle. Dzwonię do syna właścicielki, że jesteśmy pod domem, proszę, żeby wyszedł. Wychodzi i od razu krzyczy „wypierd..ć to jest teren prywatny, grozi, że wezwie policję, twierdzi, że droga też jest jego własnością. Macha jakimś pismem, krzyczy, że urzędnicy z urzędu gminy w Wieliczce byli na kontroli i nie mieli zastrzeżeń, Okazuje się, że mężczyzna zwrócił się do gminy z prośbą o załatwienie ocieplanej budy. Nie mamy okazji zapoznać się z pismem, bo mężczyzna krzyczy, że mamy „wypierd..ć”. No to „wypier…my. Dzwonię na policję, proszę o asystę. Czekamy dwie godziny. Przyjeżdża patrol, mężczyzna nie pozwala nam podejść do budy w asyście funkcjonariuszy. Policjanci idą sami. Wracają do nas i dzwonią do dyżurnego, żeby wezwał lekarza, bo pies rzeczywiście kaszle. Czekamy kolejne trzy godziny na mrozie.
Przyjeżdża lekarz weterynarii Lech Pankiewicz – Małopolski Wojewódzki Lekarz Weterynarii. Nie ma przy sobie stetoskopu, nie ma nic do badania. Syn właścicielki pozwala mi ( Ewie już nie) podejść do budy psa z lekarzem i policją. Pies tuli się do mnie, jest bardzo łagodny, wita się ze wszystkimi. Lekarz stwierdza, że buda jest sucha ( no jest – 10 stopni i włożona słoma) Zaglądam do budy i widzę przez szpary między dachem niebo. Na moją uwagę, że buda jest nie ocieplona, stoi wprost na ziemi, pies jest stary i kaszle, lekarz odpowiada, że on też kaszle, a potem raczy nas z Ewą swoimi zdjęciami z morsowania w slipach. Ostatecznie nakazuje umieszczenie psa w garażu, każe właścicielowi przyjechać z nim do gabinetu.
2 lutego poniedziałek
Dzwonię do lekarza weterynarii Lecha Pankiewicza. Mówi, że psa badał i pies jest zdrowy.
6 lutego piątek – trzecia kontrola
Dzwonię do Powiatowej Inspekcji Weterynaryjnej w Wieliczce proszę o kontrolę, my nie mamy możliwości sprawdzenia czy właścicielka zastosowała się do naszych zaleceń. Inspektorki PIW przyjeżdżają na miejsce my z Ewą Stefańczyk też. Czekamy, inspektorki idą do psa, ich zalecenia pokrywają się z naszymi i jeszcze dodatkowo nakazują zabezpieczenie wejścia budy kurtyną. Czas na realizację 3 DNI. Z domu wychodzi właścicielka, idzie w naszym kierunku. Wysiadam z samochodu, kobieta ma pretensje, że znów nasłałyśmy kontrolę. Jeszcze raz proszę o dobrowolne przekazanie psa, kobieta odmawia, mówi, że nie przesadza się starych drzew, a poza tym ponieśli koszty kupili płytę OSB, miski, karmę, mają palety, syn zamierza ocieplić budę. Proponuję, że zwrócę koszty jeśli zrzeknie się psa. Nie ma mowy, psa nie odda, ale rozmawiamy. Rozmawiamy długo, tracę nadzieję, ale cały czas proszę: jest ciepły dom, szansa na dobrą starość, wśród życzliwych ludzi. Tonuję emocje. W końcu kobieta zgadza się zrzec psa, Zaprasza mnie do domu. W obecności inspektorek PIW podpisuje zrzeczenie. A ja mam w oczach łzy. Udało się. Pakujemy psa do samochodu. Pies na starość po siedmiu latach na łańcuchu jedzie do ludzi, dla których jest członkiem rodziny.


AUTORKA: Magda Hejda
